Chociaż świetność ikony akcji z najwyższej półki ma już za sobą, Jason Statham nadal kręci świeży film pełen ciosów, kopnięć, strzelanin i eksplozji w tempie porównywalnym z twórczością Stallone’a i Schwarzeneggera z lat 80. Po niedawnej serii filmów akcji, które oscylowały gdzieś pomiędzy triumfem a rozczarowaniem, jego najnowszy projekt, Mutiny, może okazać się najmniej godną uwagi pozycją z serii.
Reżyserowany przez reżysera Jeana-François Richeta (Samolot) film Bunt przedstawia Stathama w roli Cole’a Reeda, byłego żołnierza piechoty morskiej, który obecnie służy jako główny obrońca miliardera potentata żeglugowego. Kiedy Reed jest świadkiem morderstwa swojego pracodawcy, a następnie zostaje wrobiony w tę zbrodnię, rozpoczyna samotną wyprawę na pokładzie statku towarowego, mając na celu odkrycie prawdziwych zabójców i ujawnienie ogólnoświatowego spisku, który okazuje się znacznie bardziej złowrogi, niż początkowo sobie wyobrażał.
Bunt marnuje intrygującą konfigurację
Bunt zaczyna się od przesłanki, która jest zarówno fascynująca, jak i znajoma, gdy niezawodny, niewzruszony były dowódca wojskowy Stathama zostaje uwikłany w potencjalnie wciągającą tajemnicę. Śmierć jego sympatycznego i niezwykle hojnego szefa, granego przez znakomitego Ramona Tikarama, rodzi pytanie zarówno dla Cole’a, jak i widzów, które mogłoby stanowić podstawę dla czegoś więcej niż standardowego filmu akcji.
Niemal natychmiast i w irytujący sposób film odrzuca tę intrygę, niezdarnie transportując Stathama na statek, aby rozpocząć sekwencję akcji. Przejście z początkowej scenerii na statek towarowy – który służy jako ekskluzywna lokalizacja dla reszty filmu – zostało tak źle zrealizowane, że widzowie mogą zasadnie zastanawiać się, czy wprowadzenie nie dotyczyło zupełnie innego obrazu. Chociaż *Bunt* ostatecznie łączy te luźne końce w całość, proces ten zajmuje zbyt dużo czasu.
Pod tą nagłą zmianą kryje się odwrócenie się od tajemnicy w stronę spisku skupionego na handlu ludźmi w celach seksualnych. Chociaż zmiana ta natychmiast zwiększa stawkę dla wszystkich stron i wyraźnie identyfikuje antagonistów, skutkuje to boleśnie linearnym konfliktem, który jest znacznie mniej przekonujący niż początkowa zagadka, o której mowa w prologu.
Nudne postacie i brak napięcia sprawiają, że Mutiny ogląda się długo

Po wejściu Stathama na statek „Bunt” składa się z około 70 minut, w których gwiazda akcji ukradkiem porusza się po korytarzach ogromnego frachtowca. Od czasu do czasu, choć niezbyt często, wysyła fale popleczników, podczas gdy kręcący wąsami złoczyńcy próbują – bezskutecznie – powstrzymać niepowstrzymaną siłę, jaką jest Jason Statham.
Poruszanie się po ciasnych przestrzeniach frachtowca wydaje się pozbawione napięcia, mimo że bohaterowie stoją w obliczu wyraźnego niebezpieczeństwa. Annabelle Wallis wkracza jako jedyna towarzyszka Cole’a w tym konflikcie, walcząc z potężnym Rolandem Møllerem. Duńska gwiazda, która wciela się w umięśnionego i wytatuowanego kapitana statku, jest prawdopodobnie najbardziej pamiętną kreacją filmu.
Kiedy w końcu dochodzi do fizycznych konfrontacji, nie przyciągają one uwagi widza...
Pomimo swoich umiejętności Wallis oferuje minimalny wpływ w produkcji, która odmawia obsadzie znacznego materiału. Motywacja jej bohaterki do ucieczki ze statku i ponownego połączenia się z córką wydaje się nudna i mało wciągająca, podobnie jak słabo rozwinięte dążenie Reeda do zemsty za śmierć szefa – po zaledwie pięciu latach służby – brakuje głębi. Traktując siebie zbyt poważnie przez większość czasu trwania i pozbawiony poczucia humoru, gdy próbuje poprawić nastrój, *Mutiny* stara się wyróżnić w jakiejkolwiek konkretnej dziedzinie.
Buntowi po prostu brakuje kreatywnej pomysłowości, jaką można znaleźć w innych współczesnych filmach akcji

Jednak główną atrakcją dla fanów filmów akcji Jasona Stathama rzadko są głębokie wątki fabularne, ale raczej sama walka. Jak już wspomnieliśmy, filmowi rozczarowująco brakuje istotnej akcji. Chociaż Statham często trzyma broń i wydaje się być przygotowany do ataku podczas *Buntu*, rzadko bierze udział w rzeczywistej walce wręcz z przeciwnikami. Zamiast tego większość czasu spędzanego przed ekranem polega na kucaniu, manewrowaniu wąskimi korytarzami statku towarowego i próbie pozostania niezauważonym.
Kiedy w końcu dochodzi do walki, nie przykuwa ona uwagi widzów, głównie ze względu na podwyższone standardy ustanowione przez najnowsze hity kinowe. Filmy takie jak *John Wick*, *Mad Max: Na drodze gniewu* i najnowsza odsłona serii *Wściekli* znacząco podniosły poprzeczkę w zakresie kreatywnej i złożonej choreografii walk oraz scenografii. W rezultacie, pomimo kilku zadowalająco brutalnych zabójstw, „Bunt” wydaje się rozczarowujący w porównaniu z innymi wysokooktanowymi filmami akcji, które są obecnie dostępne dla widzów.
Jedyna naprawdę wciągająca sekwencja akcji w całym filmie zbliża się do końca, kiedy bohater Stathama i złoczyńca Møllera w końcu mogą bezpośrednio się zderzyć. Ta walka utrzymuje wysokie napięcie od początku do końca, powodując, że widzowie krzywią się, chwytają się foteli i napinają, gdy każde uderzenie kończy się namacalnym skutkiem. Gdyby reszta filmu była równie intensywna jak finałowe starcie, „Bunt” mógłby przynajmniej odnieść sukces w jednym obszarze, który był kluczowy dla jego sukcesu.
Być może największą wadą filmu jest przytłaczające poczucie déjà vu. Film Richeta prawdopodobnie wyda się znajomy każdemu, kto oglądał choćby kilka ostatnich występów Jasona Stathama w ciągu ostatniej dekady. Pozbawiony kierunku, nudny w tempie i pozbawiony inspiracji w walce, najnowszy projekt Stathama to statek, który większość widzów chętnie porzuci.
Bunt będzie miał premierę w kinach w piątek, 21 sierpnia.